niedziela, 4 marca 2012

i'm fever you can't sweat out.

wiersz z poprzedniego posta i lektura książki "charlie" skłoniła mnie do przemyśleń. podoba mi się sposób w jaki napisana jest ta powieść. nie ma w niej rozdziałów, są za to listy, które tytułowy charlie wysyła do nieznajomego, o którym słyszał, że jest dobrym człowiekiem, który w życiu kieruje się uczciwością i że tenże człowiek wysłucha jego historii bez oceniania go. potrafię zrozumieć motywy głównego bohatera: ciężko jest mówić o sobie wiedząc, że spotka nas mur konwenansów, rad i sztucznego współczucia. chłopak jednak decyduje się na spisanie swoich wspomnień, sytuacji tworzących jego szarą rzeczywistość. mówi nam o swoim dzieciństwie, rodzinie, przyjaciołach, swojej ukochanej, muzyce, książkach, bólu i samotności. przedstawia esencję życia, które prowadzi przecież każdy z nas. może imiona są inne i sytuacje nie do końca identyczne, lecz czytając tę książkę potrafiłam znaleźć w niej siebie. moje problemy i lęki, marzenia o nieskończoności. tak jak charlie, zaczęłam zastanawiać się czy kiedyś czułam tę nieskończoność. doszłam do wniosku, że tak, dwa razy.

po raz pierwszy na urodzinach kolegi rok temu. byliśmy wszyscy razem na spacerze, przeszliśmy całą wieś, głośno krzycząc i śmiejąc się. czułam wtedy, że jestem na swoim miejscu. pomiędzy ludźmi, którzy znaczą dla mnie tak wiele i dla których ja też jestem ważna. wśród śmiechu i braku obowiązków, nie było wtedy stresu czy lęku. nie czułam, że czegoś mi brakuje czy, że nie zasługuję na to szczęście. myślę, że to była nieskończoność.

drugi raz miał miejsce w te wakacje, na coke live. był koncert jednego z moich ulubionych zespołów, the kooks. setki ludzi wokół mnie, krzyczących na cały głos tekst, tańczących bez opamiętania. pamiętam, że było ciemno i zaczął lekko siąpić deszcz, ale nie miało to żadnego znaczenia, sprawiło nawet, że było jeszcze bardziej magicznie. pragnęłam, by ten koncert nigdy się nie skończył, chciałam trwać wśród tych nieznanych ludzi, w których sercach grała ta sama muzyka co w moim, z przyjaciółką u boku i śmiać się nie zważając na rzeczywistość. to również była dla mnie nieskończoność.

"charlie" uczy, że aby opisać swój świat, aby go poskładać do kupy, nie trzeba wielkich słów i czynów. potrzeba tych paru chwil dających uczucie nieskończoności, tych paru ludzi z którymi je dzielimy. bo trudno przeżywać ją w samotności.

foster the people- ruby

2 komentarze:

  1. Niech cię. Aż mnie ciągnie, żeby to przeczytać. Jak będę miała chwilę, nie omieszkam. Taka nieskończoność... nie wiem, chyba nigdy czegoś takiego nie czułam. Musiałabym się nad tym głębiej zastanowić chyba.
    O! I moja ukochana piosenka. Cudownie :3

    OdpowiedzUsuń
  2. Serdecznie zapraszam na aktualizację galerii. HAYLEY-WILLIAMS.blog.onet.pl :)

    OdpowiedzUsuń