czwartek, 10 maja 2012

destroy everything you touch.

niszczyć wszystko co tylko ma się w zasięgu wzroku. związki, przedmioty, relacje. poddawać wszystko suchej ocenie i unicestwiać. czasami kiedy jestem zmęczona i oczy zamykają mi się same, zastanawiam się dlaczego serce tak szybko mi bije. co jest powodem strachu czy zdenerwowania. kolejny sen, kolejny koszmar? a może to świat jest koszmarem?

lubię kiedy przyroda budzi się do życia, robi się zielono i ciepło. wtedy jakoś łatwiej się uśmiechać i ignorować to, co się nie udaje. małe kwiatki na drzewach są takie piękne. szkoda, że są tylko stanem przejściowym przed zawiązaniem owocu. ale to tak, jak bycie nastolatkiem, prawda? to tylko okres przejściowy przez byciem dorosłym. nikt jednak nie gwarantuje, że wyrośnie z nas piękny, soczysty owoc.

ostatnio gdy stałam na światłach, na przejściu dla pieszych, po drugiej stronie ulicy dwie dziewczyny trzymały się za ręce. może to wina małomiasteczkowości, ale od razu zastanowiłam się czy są razem. ładnie wyglądały, były takie radosne. pomyślałam, że chciałabym żeby okazało się, że są parą. to byłoby pokrzepiające, wiedzieć, że gdzieś ktoś jest szczęśliwy w związku. choć jest kilka udanych wokół mnie, to wciąż wydaje się, że większość jest bezwartościowa. w tym świecie pełnym nienawiści i cielesności, ja chciałabym po prostu się zakochać. bez pamięci, w całkowicie niewinny i dziecinny sposób. ale nie rozglądam się. wolę nie patrzeć na boki. bo czasami kiedy wypatruje się czegoś, coś innego przechodzi nam koło nosa.

#1
może tak ma być
że jest ciężej zamiast lżej
rany otwierają się zamiast goić
serce zamienia w kamień
zamiast słać kocham w świat
łóżko staje się niewygodne 
a nasze ręce obce
deszcz zaczyna kapać nam z oczu
żywimy się duchami obietnic

może tak ma być
że już nie wiadomo co to miłość
a wszyscy mówią za dużo

#2
błogosław twe oczy
które dały poznać ci
smutek i radość
wychwalaj uszy
dzięki którym znasz dźwięk
śmiechu i płaczu
kochaj ręce
one pokazują ci
przemoc i delikatność
uwielbiaj skórę i kości
które chronią twe wnętrze
i krew wrzącą w żyłach
nie dającą ci przejść obojętnie
obok życia

#3
pozornym odbiciem
oświetlamy wnętrza
uciekamy od pustych przestrzeni
naszych ciał
w naszych głowach
nie ma przywiązania emocji
krew wyparowała 
a kości strawił strach
teraz na nowo
wprawiamy obiegi w ruch
bo chcemy trwać żyć
pomimo huraganów suszy i powodzi

pozdrawiam.

vampire weekend- run

czwartek, 5 kwietnia 2012

Under the green umbrella trees, in the middle of summer.

deszczowe dni mieszają się z tymi pełnymi słońca i ciepła. śnieg wygląda zza rogu, zima jeszcze nie powiedziała ostatniego słowa. choć niemalże nikt już jej tutaj nie chce, ona walczy resztkami swoich mroźnych podmuchów. pączki na drzewach i krzewach napełniają serce wiarą na rychłe zwycięstwo wiosny. czekam. marzę o dniach pełnych ciepła i słońca kładącego się na moich ścianach. niech razi, niech oślepia. niech ogrzewa skostniałe po zimie serce.

lubię tak sobie siedzieć w ciepłe dni nad stawem. słońce przegląda się w wodzie, rozlewając złoto na jej powierzchni. drzewa odbijają się w spokojnej tafli, wygląda to jak drugi świat pod spodem. jest tak cicho, tylko ptaki śpiewają, a wędkarze łowią ryby. można usiąść na ławce lub trawie i z zamkniętymi oczami chłonąć to, co wkoło. miło byłoby czasami usiąść tam z kimś, kto wzbogaci ten widok sobą. chociaż tej osoby, z którą tam bywam nie zamieniłabym na inną.

jest coś magicznego, romantycznego w tradycyjnych listach. lubię patrzeć na charakter pisma, na kształt liter i długość zdań. w takich listach widać emocje, uczucia. nie zastąpi tego żaden elektroniczny sposób komunikacji.

połowa połowy ciebie
lśni bardziej niż cała ja.
boję się, że pewnego dnia,
obudzę się wypalona.
to ty zabrałeś 
te gwiazdy z wnętrza mnie,
ten pył z mych oczu.
ty rozjaśniłeś widzenie
niszcząc magię wokół.    

the black keys- these days 

sobota, 31 marca 2012

serce daremnie chce zrozumiec, gdzie nie ma nic do rozumienia.

napisałam kiedyś, że rzadko robię to, co jest dla mnie dobre. dziś wiem, że tak jest na pewno. dlaczego? obiecałam sobie, że będę tutaj pisać, a jak widać nie robiłam tego. mam nadzieję na zmianę.

trochę się działo przez czas kiedy nie trafiałam tutaj. dużo myślę nad wyborem szkoły, powodami by tkwić tam gdzie jestem, a tymi by odciąć się od tego raz na zawsze. plusy równoważą się z minusami, a w dodatku ciągle przybywa i jednych, i drugich. kto wymyślił, że o swej przyszłości mamy decydować kiedy nie wiemy zupełnie nic? kolejny raz opanowuje mnie melancholia gdy widzę dzieci bawiące się beztrosko. dla nich świat jest tak prosty, nieskomplikowany. czasami zazdroszczę im tej czystości krystalicznych myśli.

przez cały czas przesiewam emocje, dzieląc je na ważne i te bez znaczenia. nie wychodzi mi z tego nic, bo zamiast myśleć o nauce, myślę o wszystkim. nie powinnam, wiem. ale nie umiem nie myśleć.

ostatnie dwa dni były bardzo miłe. wczoraj czytałam dzieciom bajki w bibliotece na "nocy andersena", dziś byłam na zakupach i w kinie. było sielsko niczym w filmie familijnym. miło. to takie przyjazne słowo. ciepłe pomimo, że nie ma dna i granic.

zaczytuję się w poezji staffa, później zamierzam wziąć się za jakieś polskie poetki. to zmiana, bo do tej pory nie lubiłam czytałać poezji. czułam, że nie jestem na nią dość mądra, że nie rozumiem tych lotnych fraz i zdań wielokrotnie złożonych. tak naprawdę, poezja jest dla każdego. tylko ty decydujesz o sposobie w jaki ją rozumiesz, o tym jak odczytasz ją w odniesieniu do samego siebie. zrozumienie jest w tobie, a nie w szkolnej analizie.

Most

Nie wierzyłem
Stojąc nad brzegiem rzeki,
Która była szeroka i rwista,
Że przejdę ten most,
Spleciony z cienkiej, kruchej trzciny
Powiązanej łykiem.
Szedłem lekko jak motyl
I ciężko jak słoń,
Szedłem pewnie jak tancerz
I chwiejnie jak ślepiec.
Nie wierzyłem, że przejdę ten most,
I gdy stoję już na drugim brzegu,
Nie wierzę, że go przeszedłem.
 

-Leopold Staff

the black keys- never give you up  

niedziela, 4 marca 2012

i'm fever you can't sweat out.

wiersz z poprzedniego posta i lektura książki "charlie" skłoniła mnie do przemyśleń. podoba mi się sposób w jaki napisana jest ta powieść. nie ma w niej rozdziałów, są za to listy, które tytułowy charlie wysyła do nieznajomego, o którym słyszał, że jest dobrym człowiekiem, który w życiu kieruje się uczciwością i że tenże człowiek wysłucha jego historii bez oceniania go. potrafię zrozumieć motywy głównego bohatera: ciężko jest mówić o sobie wiedząc, że spotka nas mur konwenansów, rad i sztucznego współczucia. chłopak jednak decyduje się na spisanie swoich wspomnień, sytuacji tworzących jego szarą rzeczywistość. mówi nam o swoim dzieciństwie, rodzinie, przyjaciołach, swojej ukochanej, muzyce, książkach, bólu i samotności. przedstawia esencję życia, które prowadzi przecież każdy z nas. może imiona są inne i sytuacje nie do końca identyczne, lecz czytając tę książkę potrafiłam znaleźć w niej siebie. moje problemy i lęki, marzenia o nieskończoności. tak jak charlie, zaczęłam zastanawiać się czy kiedyś czułam tę nieskończoność. doszłam do wniosku, że tak, dwa razy.

po raz pierwszy na urodzinach kolegi rok temu. byliśmy wszyscy razem na spacerze, przeszliśmy całą wieś, głośno krzycząc i śmiejąc się. czułam wtedy, że jestem na swoim miejscu. pomiędzy ludźmi, którzy znaczą dla mnie tak wiele i dla których ja też jestem ważna. wśród śmiechu i braku obowiązków, nie było wtedy stresu czy lęku. nie czułam, że czegoś mi brakuje czy, że nie zasługuję na to szczęście. myślę, że to była nieskończoność.

drugi raz miał miejsce w te wakacje, na coke live. był koncert jednego z moich ulubionych zespołów, the kooks. setki ludzi wokół mnie, krzyczących na cały głos tekst, tańczących bez opamiętania. pamiętam, że było ciemno i zaczął lekko siąpić deszcz, ale nie miało to żadnego znaczenia, sprawiło nawet, że było jeszcze bardziej magicznie. pragnęłam, by ten koncert nigdy się nie skończył, chciałam trwać wśród tych nieznanych ludzi, w których sercach grała ta sama muzyka co w moim, z przyjaciółką u boku i śmiać się nie zważając na rzeczywistość. to również była dla mnie nieskończoność.

"charlie" uczy, że aby opisać swój świat, aby go poskładać do kupy, nie trzeba wielkich słów i czynów. potrzeba tych paru chwil dających uczucie nieskończoności, tych paru ludzi z którymi je dzielimy. bo trudno przeżywać ją w samotności.

foster the people- ruby

czwartek, 1 marca 2012

everything is burning.

"Raz na żółtej kartce w zielone linie
napisał wiersz.
Zatytułował go Chops,
bo tak nazywał się jego pies
i o nim był właśnie ten wiersz.
Nauczyciel postawił mu piątkę
i przyznał specjalne wyróżnienie.
Matka uściskała go i powiesiła wiersz na drzwiach kuchni
i odczytywała ciotkom.
To było w roku kiedy ojciec Tracy zabrał dzieciaki do zoo
I pozwolił im śpiewać w autobusie,
I urodziła mu się siostrzyczka
z małymi paznokietkami i łysą główką.
Jego matka i ojciec ciągle ją całowali,
A dziewczynka z sąsiedztwa wysłała mu
Walentynkę podpisaną rządkiem iksów.
Zapytał wtedy ojca, co to znaczy.
Ojciec zawsze kładł go do łóżka
I zawsze pamiętał, żeby utulić go na dobranoc.

Raz na białej kartce w niebieskie linie napisał wiersz
I zatytułował go Jesień,
Bo tak nazywała się pora roku
I o tym był wiersz.
Nauczyciel postawił mu piątkę
i poprosił go, żeby pisał jaśniej.
Matka tym razem nie powiesiła wiersza na drzwiach kuchni,
bo były świeżo pomalowane.
Dzieciaki powiedziały mu,
że ojciec Tracy pali cygara
I zostawia pety na kościelnej ławce,
które czasami wypalają dziury.
To było w roku, kiedy jego siostra dostała okulary
z grubymi szkłami i w czarnych oprawkach.
Dziewczyna z sąsiedztwa roześmiała się,
kiedy poprosił ją żeby poszli na spotkanie ze Świętym Mikołajem,
A dzieciaki powiedziały mu,
dlaczego jego matka i ojciec bez przerwy się całowali.
Jego ojciec już nie utulał go do snu
I wściekał się
Kiedy go wołał.

Raz na kartce wyrwanej z notesu
napisał wiersz.
Zatytułował go Pytania o niewinność,
bo to pytanie dotyczyło jego dziewczyny
I o tym był ten wiersz.
Profesor postawił mu piątkę
i dziwnie na niego popatrzył,
A jego matka nie powiesiła tego wiersza
na kuchennych drzwiach,
bo nigdy jej go nie pokazał.
To był rok, w którym umarł ojciec Tracy,
A on zapomniał,
Jakie jest zakończenie Credo.
Przyłapał siostrę,
Jak obściskiwała się z kimś na werandzie.
Jego matka i ojciec nigdy się już nie całowali
ani nawet nie rozmawiali ze sobą.
Dziewczyna z sąsiedztwa za bardzo się malowała
I kiedy ją całował, dostawał od tego kaszlu,
ale mimo to ją całował,
bo tak się robi.
O trzeciej nad ranem położył się do łóżka.
Jego ojciec głośno chrapał.

I dlatego zaczął pisać kolejny wiersz
na kawałku papierowej torby.
Zatytułował go Absolutnie nic,
Bo o tym był ten wiersz.
Sam sobie postawił piątkę
I cięcie na każdym cholernym nadgarstku.
Powiesił wiersz na drzwiach łazienki,
Bo tym razem nie miał szans dotrzeć do kuchennych drzwi."

-"Charlie" Stephen Chbosky

czasami wystarczy, że jeden kawałek układanki naszego życia przestaje pasować do reszty, a wtedy już nic nie jest takie jak było wcześniej, wywołując reakcję łańcuchową niszczącą wszystko na swojej drodze. zastanawiam się od kiedy nasze życie przeobraża się w domino, ale tego momentu chyba nie da się wychwycić. można tylko delikatnie przechadzać się pomiędzy tymi kostkami z lękiem, że jeżeli upadnie choć jedna z nich, to upadną wszystkie inne. czekam na wiosnę.

matt corby- brother